czwartek, 18 grudnia 2014

Sałatka jarzynowa

Polish vegetable salad 
Scroll down for recipe in English 
Sałatka jarzynowa to prawdziwa klasyka znana chyba w każdym polskim domu. Raczej nie skłamię jeśli powiem, że u mnie pojawia się odkąd pamiętam na każdej rodzinnej uroczystości. Święta, urodziny, imieniny, czy zwykła impreza z przyjaciółmi. Nie może zabraknąć sałatki jarzynowej. Przepis jest zazwyczaj podobny, ale często różne są proporcje poszczególnych składników. Dzięki temu tradycyjny polski specjał w każdym domu może smakować nieco inaczej.

Mój przepis na sałatkę jarzynową pochodzi naturalnie od mojej mamy, która jak większość gospodyń robi ją raczej na wyczucie, odpowiednio modyfikując proporcje poszczególnych składników. Dla mnie to bezsprzecznie symbol Świąt. A jak robi się sałatkę jarzynową u Was? Dodajecie jeszcze jakieś inne składniki poza tymi, które mam w przepisie? Piszcie. Ciekawa jestem i chętnie wypróbuję inne wersje :)

niedziela, 14 grudnia 2014

Stefanka

Semolina layer cake (Stefanka) 
Scroll down for recipe in English 
Dziś mam dla Was przepis na jedno z najsmaczniejszych ciast jakie dane mi było spróbować. A wierzcie mi, trochę tego było. Stefanka, bo o niej będzie mowa, kusiła mnie do dawna. Bardzo często widuję ją na różnych blogach i zawsze jest bardzo zachwalana. Postanowiłam więc sama zbadać stefankowy fenomen. Upiekłam ja więc na pożegnanie dla mojego wspaniałego i dzielnego Działu Wystawienniczego z Muzeum na Majdanku, który opuściłam w czwartek, po 9 miesiącach wspólnej pracy.

U mnie w domu Stefanki nigdy się nie piekło, nie posiadam też żadnego tradycyjnego przepisu. Z resztą, po przejrzeniu kilku stron zauważyłam, że jak przy wielu innych ciastach, i tu panuje całkiem spora dowolność. Jedyny stały składnik to kasza manna w kremie, choć i krem widziałam w różnych odsłonach. Postawiłam zaszaleć i nie korzystać z żadnego ze znalezionych przepisów, ale trochę poeksperymentować. Przy pieczeniu placków oparłam się na jednej ze starych rodzinnych receptur na tego typu ciasto. Muszę przyznać, że uwielbiam miodowe placki. Nie tylko są pyszne, ale też błyskawicznie się pieką. Robiąc krem postawiłam na prostotę, trochę też ze względu na późną porę i coraz większa chęć bycia nie w kuchni, ale w łóżku :) Zamiast ucierać ugotowaną kaszę z masłem, wrzuciłam je do mleka w czasie gotowania. Na koniec dodałam trochę soku z cytryny. U mnie w domu to był niezbędny element kremu do przełożenia placków miodowych. Krem był jednak dość słodki i pomyślałam, że jakiś kwaskowaty akcent na pewno by nie zaszkodził. Jak zwykle w takich sytuacjach na ratunek przyszedł domowy dżem z czarnej porzeczki. Można go zastąpić innym, a nawet pominąć, chociaż moim zdaniem znakomicie tu pasuje.

środa, 10 grudnia 2014

Kurczak cytrynowo - miodowy

Honey lemon chicken 
Scroll down for recipe in English 


Drób to zdecydowanie mój ulubiony rodzaj mięsa. Najczęściej sięgam po kurczaka, którego mogę jeść właściwie pod każdą postacią. Nie straszna mi nawet niesławna potrawka drobiowa, postrach i trauma wielu ludzi. No chyba, że jest w niej skóra. Wizja jej zjedzenia całkowicie mnie odrzuca i takiego dania nawet nie tknę. Ale w każdej innej formie kurczak jest na moim stole zawsze miłym gościem.  

Przepis na kurczaka z miodem i cytryną zaczerpnęłam od mojego kulinarnego guru Gordona R., który nieustannie zadziwia mnie swoimi pomysłami i bawi absolutnie uroczym brytyjskim akcentem. Musze przyznać, że obecnie to jeden z moich absolutnie ulubionych sposobów na kurczaka. Mięso jest miękkie i soczyste, a wysmażona, karmelizowana skórka jest zjadalna nawet dla mnie.

sobota, 6 grudnia 2014

Tort żurawinowy z białą czekoladą

Cranberry white chocolate layer cake 
Scroll down for recipe in English 
Są takie ciasta, które niewątpliwie zaskakują. Ciasto użyte w tym torcie zdecydowanie do takich właśnie należy. A cóż w nim takiego niezwykłego? Otóż przepis nakazuje nam dodać na końcu białka. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że białka mają być nieubite. Nie wiem jak Was, ale mnie to na początku bardzo zdziwiło. Zastanawiałam się nawet, czy do przepisu nie wkradł się błąd czy choćby drobna nieścisłość. Jednak ponieważ tą niezwykłą recepturę odnalazłam na blogu Call me cupcake, to postanowiłam dać ciastu szansę. W końcu jego autorka zdecydowanie zna się na rzeczy. Pierwszy raz spróbowałam tego ciasta prawie rok temu. Wykorzystałam je wtedy do przygotowania Tęczowego tortu i od tej pory to jedno z moich ulubionych ciast do wszelkich tortów.

Dziś, z racji wszechogarniającego świątecznego nastroju, ale też trochę dlatego, że nagle zapragnęłam zrobić jakiś tort, mam dla Was tort typowo zimowo-świąteczny. Świąteczny akcent to połączenie kwaskowej żurawiny i słodkiej białej czekolady. Natomiast zimowy to ogólna śnieżno-mroźna oprawa, którą starałam się stworzyć na zdjęciach. Mam nadzieje, że taki nastrój przypadnie Wam do gustu i może nawet zachęci do małego zimowego pieczenia. 

sobota, 29 listopada 2014

Miodowe magiczne ciasto

Honey custrad magic cake 
Scroll down for recipe in English 
Ciągle pamiętam pierwszy raz kiedy robiłam magiczne ciasto. Byłam bardzo podekscytowana, ale też lekko zdenerwowana. Wszyscy chwalili się swoimi perfekcyjnymi wypiekami, z pięknymi trzema warstwami stworzonymi z jednego ciasta. Prawdziwa magia, a ja bardzo chciałam do grona wtajemniczonych dołączyć. Jednak w pierwszej chwili, patrząc na tak płynne ciasto przed pieczeniem pomyślałam sobie "nie, nie ma takiej magii, która sprawi, że z tego wyjdzie jakiekolwiek ciasto, nie mówiąc już o jakichś trzech warstwach". Ale bardzo się moi drodzy myliłam. Ciasto wyszło idealne i znacznie smaczniejsze niż się spodziewałam.

Wtedy przygotowałam klasyczną waniliową wersję magicznego ciasta. Tym razem chciałam trochę poszaleć i postanowiłam zmierzyć się z wersją jakiej jeszcze nie widziałam. Akurat byłam w środku wyjątkowo silnego okresu obsesji na punkcie miodu, więc wybór tego składnika wydawał się jedynym słusznym wyborem. Było to też spore wyzwanie, bo jak już wspomniałam, na taką wersję nie natrafiłam i nie miałam pojęcia, czy dodanie miodu nie zaburzy tej tajemnej alchemii składników. Po przeczytaniu chyba każdego przepisu na magiczne ciasto jaki tylko mogłam znaleźć, postanowiłam zaryzykować. I muszę przyznać, że ryzyko się opłaciło, bo ciasto wyszło wspaniałe i zniknęło z lodówki w zaledwie kilka godzin.

sobota, 22 listopada 2014

Najprostszy krem czekoladowy z awokado

Super easy chocolate avocado spread 
Scroll down for recipe in English 
Moje, skromne jeszcze chyba, życiowe doświadczenie podpowiada mi ostatnio jedną rzecz. Otóż najbardziej tęskni się za rzeczami, których akurat nie można mieć. Nie wiem dlaczego. Może w tym wszystkim chodzi o ten niesławny urok "zakazanego owocu". Wiem tylko, że jeśli powinnam od czegoś trzymać się z daleka, to chce tego sto razy bardziej. Tak jest prawie ze wszystkim, także z jedzeniem.

Ostatnio odkryłam, że mój organizm nie toleruje laktozy, zwłaszcza tej z mleka. Nie byłam z tego powodu specjalnie smutna ani zła. Jeśli już, to cieszyłam się, że udało mi się tego dowiedzieć i teraz poczuję się lepiej. Ale wiecie co? Po jakimś czasie zaczęłam odczuwać ogromną ochotę na czekoladę. Jak nigdy dotąd. Przez większość czasu się kontroluję i potrafię sobie wytłumaczyć, że ta chwila przyjemności nie jest warta bólu, który pojawi się później. A ten ból to nie przelewki. Jakby ktoś zawiązał mi na brzuchu linę i powoli zaciskał ja coraz mocniej.

Można więc przyjąć, że najlepiej byłoby całkowicie unikać zagrożenia. Ala czasami ochota na czekoladę jest zbyt silna, żeby tak po prostu ją zignorować. I właśnie wtedy z pomocą przychodzi mi moje niedawne odkrycie, czyli dobrze już wielu osobom znany krem czekoladowy z awokado. Sama nie wiem dlaczego zrobiłam go dopiero teraz. Jest wspaniały, absolutnie genialny. Trzy proste i zdrowe składniki i mamy słoiczek pełen czekoladowej pyszności.

sobota, 15 listopada 2014

Śniadanie w łóżku i kokosowe tosty francuskie

Breakfast in bed and coconut French toasts 
Scroll down for recipe in English 
Czasami tęsknię za całkowicie leniwymi dniami. Wiecie, takimi kiedy nie ma zupełnie nic do zrobienia, nie ma żadnych planów ani zobowiązań. Nic, tylko błogie lenistwo. Można by wtedy spać do nieprzyzwoicie późnej godziny, albo cały dzień czytać wciągającą książkę i zapomnieć do świecie dookoła. Dla niektórych takimi dniami jest weekend. Cóż, moje weekendy zawsze wypełnione są po brzegi planami kulinarnymi i przede wszystkim fotograficznymi. Na co dzień wychodzę i wracam do domu w szarości za oknem, więc weekendy to jedyny czas, kiedy mogę uczknąć odrobinę dziennego światła. Myślę, że ci z Was, który sami fotografują doskonale to rozumieją.

Staram się jednak, żeby weekendowe poranki były bardziej przyjemne. Daję sobie pospać odrobinę dłużej i wstaję z wizją jakiegoś pysznego śniadania. Na co dzień moje śniadanie to płatki owsiane (musli lub owsianka). Szczerze, przez pięć dni w tygodniu tak jem i kiedy mam wolne bez złamania tej rutyny się nie obędzie. Nie będę Wam wmawiać, że w weekendy jem śniadanie w łóżku. Chyba nigdy w życiu tak go nie zjadłam. Ale jak myślę o całkowitym lenistwie i dogadzaniu sobie to właśnie to przychodzi mi na myśl. Oczywiście idealnie jest kiedy ktoś inny przygotuje takie śniadanie dla nas. Wtedy wszystko smakuje sto razy lepiej. Nawet z pozoru zwykłe tosty francuskie.  

niedziela, 9 listopada 2014

Tradycyjne rogale świętomarcińskie

Traditional St. Martin's croissants 
Scroll down for recipe in English 
Mało jest rzeczy, z których przygotowaniem zwlekam tak długo jak w przypadku rogali marcińskich. Od pierwszej myśli, żeby upiec je w domu do momentu pieczenia minęły chyba ze trzy lata. Sama nie wiem dlaczego aż tak dużo. Być może powodem jest to, że w moich stronach, czyli na Lubelszczyźnie, takie rogale nie są popularne, a nawet powiedziałabym, że nie ma ich wcale. Ja przynajmniej nigdy żadnego nie widziałam. Przypominałam sobie o nich zawsze w okolicach 11 listopada i jak mantrę powtarzałam, że w następnym roku to już na pewno. Potem zwyczajnie wypadały mi z pamięci.

W tym roku nareszcie się udało. Przypomniałam sobie o nich dostatecznie wcześnie, żeby kupić mak i wszystko na spokojnie przygotować. Najdłużej zajęło mi chyba szukanie odpowiedniego przepisu. Zależało mi na tym, żeby był jak najbardziej zbliżony do oryginalnego, ale też nie za bardzo skomplikowany. Ostatecznie zdecydowałam się na przepis z magazyny "Kuchnia" na bazie receptury Piotra Koperskiego, który wypiekaniem rogali świętomarcińskich zajmuje się od lat. Mimo tego przystępnego przepisu, pieczenie rogali dłuższa impreza. Całość rozłożyłam sobie na dwa dni. Pierwszego dnia przygotowałam ciasto półfrancuskie i masę, a kroiłam, zawijałam, piekłam i lukrowałam następnego dnia. Ale naprawdę było warto, bo to zdecydowanie najlepsze rogale jakie miałam przyjemność jeść. 

wtorek, 4 listopada 2014

Tort czekoladowo - dyniowy

Chocolate pumpkin layer cake 
Scroll down for recipe in English 
Macie jakieś tradycje związane z jesienią? Coś musicie zrobić, ugotować, gdzieś pojechać? Ja z przykrością zauważam, że wraz z wiekiem zanikają u mnie takie małe rytuały związane z poszczególnymi porami roku. Poza zmianą pogody powoli przestają mi się kojarzyć z konkretnymi aktywnościami.
Wychowałam się na wsi, gdzie każda z pór roku miała swoje "tradycje", na które czekało się mniej lub bardziej. Dzisiaj wspomnienie każdej z nich przywołuje uśmiech na twarzy. Jesień była oczywiście czasem zbiorów. Zaczynało się od kopania kartofli. Nie specjalnie za tym przepadałam, ale pomagać musiał każdy. Poza tym nie obywało się bez zabaw z moim bratem i dziećmi z okolicy, bez rzucania kartoflami i bez konkursu na ten o najbardziej zwariowanym kształcie. A na koniec dnia pracy było oczywiście ognisko z pieczonymi kartoflami i jabłkami podebranymi z sadu sąsiada. Później przychodził czas na mniejsze wykopki w ogrodzie, przy których też pomagaliśmy z bratem. W tamtym czasie naprawdę czuło się powagę przygotowań do nadejścia zimy.

czwartek, 30 października 2014

Kawa mrożona po wietnamsku

Vietnamese iced coffee 
Scroll down for recipe in English 
Kto w ogóle wymyślił zasadę, że zimne jemy i pijemy tylko latem? Mówiąc o zimnym mam na myśli bardzo zimne, czyli lody i wszystko co mrożone, jak na przykład mrożona kawa. Lub też mrożona kawa z lodami jeśli ktoś lubi zimno podwójne. W każdym razie zawsze, gdy takie słowa słyszałam, głównie kiedy miałam zimą wielką ochotę na lody, automatycznie włączał się we mnie tryb odwrotny. Często tak mam, że gdy słyszę, że czegoś robić się nie powinno, lub ja nie powinnam, to zrobię to na pewno. Może już dawno nie będę miała ochoty, ale przyjemność postawienia na swoim zwykle wygra. Tak, zdarza mi się być przesadnie upartą i wprost uwielbiam żeby było po mojemu. Najlepiej zawsze.

Ale wróćmy do kawy. Kiedyś już chyba wspominałam, że moje życie bez kawy mogłoby być tak samo możliwe jak z kawą. Kofeina niestety na mnie nie działa. Niestety, bo rano, gdy zwlekę się już z łóżka w ten zimny i ciemny świat, kawa mnie nie poratuje i muszę jakoś przecierpieć. W pracy kawę piję głównie z przyzwyczajenia, w domu zresztą też, chociaż raczej poza dwa małe kubeczki dziennie nie wychodzę.

Mimo to bardzo lubię smak kawy, zwłaszcza dobrej kawy, która nierzadko jest dla mnie przyjemnością taką samą jak dobry deser. Z resztą w moim ukochanym tiramisu kawa też odgrywa ważną rolę. Mrożona kawa po wietnamsku jest właśnie bardziej deserem niż małą czarną na rozbudzenie. Chociaż w mojej wersji wygląda niepozornie to uwierzcie, słodyczy i dekadencji jej nie brakuje. Do jej wykonania wykorzystałam kawę przygotowaną metodą cold brew, czyli "parzoną" na zimno. Powiem Wam szczerze, to jest coś. Rzadko pijam kawę mieloną, ale ta od razu przypadła mi do gustu. Przygotowanie w ten sposób daje naprawdę głęboki smak, ale też nieco delikatniejszy i moim zdaniem mniej gorzki. A poza tym wspaniale nadaje się do kawy mrożonej. O samej metodzie cold brew nie będę się rozpisywać. Ciekawych odsyłam na bloga Pass the Food.  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...